Być jak Julia

Kikimora

zdjęcia: Anna Grzelewska

 

„Na moich zdjęciach nie ma cukierkowej, wyidealizowanej wizji dorastania. Mnie interesuje bolesność, przełamywanie granicy, intensywne emocje. Jeżeli tego nie ma na zdjęciu, to wyrzucam je do kosza”. Anna Grzelewska, którą znacie z regularnie publikowanych sesji w naszym magazynie, opowiada o swojej autorskiej pracy i projekcie o dojrzewaniu Julii, jej nastoletniej córki.

 

wywiad PAWEŁ STARZEC

zdjęcia ANNA GRZELEWSKA

 

Czytelnicy „Kikimory” w pierwszej kolejności mogą kojarzyć Cię z publikowanymi co numer gwiazdorskimi sesjami. Czym jeszcze się zajmujesz?

Moja praca dzieli się na kilka różnych przestrzeni, od zarobkowej do artystycznej, której nie traktuję jak pracy sensu stricto. Znaczna jej część związana jest z moim życiem: tym, kim jestem, co mnie porusza w rzeczywistości, co mnie otacza. A więc także z moim domem, moją rodziną.

Kikimora

zdjęcia: Anna Grzelewska

Dlaczego ten temat?

Decyzję o tym, że chcę zostać fotografką, podjęłam w wieku piętnastu lat. Chciałam być fotografką wojenną – wtedy było akurat apogeum wojny w Jugosławii i koniecznie chciałam tam pojechać. Potem celem miała być Czeczenia, po jakimś czasie zaczęłam pracować tu na miejscu z uchodźcami, wyjazd odkładając na później. W tym czasie zostałam mamą. Miałam poczucie, że to oznacza właściwie koniec moich życiowych przygód, że utknę już na dobre w domu. Jestem mamą-kwoką, długo nie wyobrażałam sobie, że mogłabym zostawić dzieci i wyjechać gdzieś do pracy. Skupiłam się więc na fotografowaniu tego, co było blisko. A najbliżej mnie była moja córka Julka. I w ogóle nie miało to na początku jakiegoś artystycznego tła – po prostu obserwacja mojej rosnącej córki wynikająca w dużej mierze z ciekawości.

Kikimora

zdjęcia: Anna Grzelewska

W którym momencie zaczęło się okazywać, że te zdjęcia to jest coś więcej?

Punktem wyjścia było to pierwsze, dokumentalne fotografowanie dorastania Julki. Skończyłam kurs dokumentalny w Szkole Wajdy i w jakimś momencie dotarłam do punktu, o którym Kieślowski mówił jako o granicach dokumentu, których nie jesteś w stanie przekroczyć. Pracujesz z żywym człowiekiem i jego historią, i bierzesz za niego odpowiedzialność. Zaczęłam stawiać sobie pytania: czy są rzeczy, których nie mogę fotografować? Czy wszystko mogę pokazywać? Musiałam się poważnie zastanowić, czym te zdjęcia właściwie są, jaką historię opowiadam. Zdałam sobie sprawę, że w tym, co robiłyśmy, jest mniej opowiadania o życiu Julii w takim dokumentalnym sensie, a więcej mojej projekcji, moich uczuć i moich wspomnień dotyczących własnego dorastania. Wtedy też zdjęcia zaczęły się zmieniać, z przyłapanych, „reporterskich” kadrów w inscenizowane zdjęcia opowiadające konkretną historię. Przy inscenizacji możesz właściwie zrobić wszystko, bo historia staje się bardziej abstrakcyjna. Prawdą są tu emocje, a nie wydarzenia. To jest jak różnica między filmem dokumentalnym a fabularnym, w którym przecież też grają żywi ludzie, a jednak jest w nich pewna umowność. Poruszamy się tu po cienkiej granicy między prawdą a fikcją, która bardzo mnie interesuje. Jakieś uczucie jest moje, ale ubrane w elementy z rzeczywistości Julii.

Moja córka ma 16 lat, fotografuję ją od samego początku, ale w tej bardziej świadomej formie trwa to 8–9 lat. Moja relacja z tym projektem też się zmieniała, pierwszy raz zebrałam te zdjęcia, kiedy postanowiłam zdawać do Instytutu Fotografii Kreatywnej w Opawie. Przyjechałam na konsultacje z lekkim poczuciem wstydu, że nie mam żadnych „poważnych” zdjęć, tylko zdaję na tę prestiżową uczelnię z zestawem dość prywatnych fotografii. Dużym zaskoczeniem było, że profesorowie uznali, iż to jest pełnoprawny temat. Od tego momentu zaczęło się bardziej świadome kształtowanie tego projektu. Obecnie jestem na finiszu. Julia też przechodziła przez proces przyzwyczajania się do wspólnej pracy. Kiedy zaczynałyśmy, była dzieckiem i fotografowanie jej było bardzo proste i naturalne, bo dzieci lubią być fotografowane. Potem były jakieś dwa lata, kiedy nie zrobiłam prawie żadnego zdjęcia, bo Julię fotografowanie denerwowało i nudziło. Później, kiedy zaczęłyśmy inscenizować zdjęcia, przypominało to pracę z profesjonalną modelką. Umawiałyśmy się z wyprzedzeniem, że tego i tego dnia będziemy robić zdjęcia.

Kikimora

zdjęcia: Anna Grzelewska

Jak ma się te osiem lat pracy do relacji z prawie dorosłą Julką?

Od kiedy te zdjęcia zaczęły się pojawiać publicznie, czy to w publikacjach, czy na wystawach, mam z tyłu głowy cenzora „ja, mama”, bo chociaż uważam, że ten projekt nie przekracza granic, o których wcześniej mówiłam, to chciałam uniknąć jakichkolwiek nieprzyjemności, które mogłyby przytrafić się Julce. Uznałam, że to może być dziwne doświadczenie dla dziecka. Być w sytuacji, kiedy obcy ludzie oglądają jej fotografie. Zwłaszcza że ich wyraz jest dość intymny. Dlatego unikałam zabierania jej na wystawy i raczej pokazywałam te zdjęcia za granicą – gdzieś daleko. To się działo obok niej. Zresztą uważała wtedy, że te zdjęcia są niedobre i wygląda na nich brzydko. Dopiero w zeszłym roku, w ramach wystawy Grand Prix Fotofestiwalu w Łodzi, pokazywałam ten zestaw w całości. Był to też pierwszy raz, kiedy na wystawę pojechałyśmy razem. Musiałam poczekać, aż będę pewna, że tej dziewczynki ze zdjęć już nie ma, że jest teraz praktycznie dorosła i umie podejść do całej sytuacji z dystansem.

W Łodzi Julka była bardzo zaskoczona, kiedy na ulicy podchodzili do niej obcy ludzie i robili sobie z nią zdjęcia. Mówili, jak bardzo te zdjęcia ich poruszają. Dziękowali jej. Myślę, że wtedy zaczęła się trochę utożsamiać z tą historią. Przetwarza te zdjęcia na swój sposób – kilka wisi na ścianie w jej pokoju, inne wrzuca na portale społecznościowe, nosi je w portfelu. Dla mnie to jest bardzo miłe.

Znasz historię Sally Mann, która fotografowała swoje dzieci, które później dorosły i wytoczyły jej proces?

Jeżeli pytasz, czy boję się, że Julka pewnego dnia wytoczy mi proces – szczerze ci powiem, że się tego nie boję. Ale może się przecież zdarzyć, że powie mi kiedyś, że te zdjęcia to była dla niej jakaś koszmarna trauma. Biorę pełną odpowiedzialność za to, co robię od tych kilkunastu lat. Staram się ochronić Julkę przed jakimikolwiek nieprzyjemnościami, które mogą ją spotkać z powodu tych zdjęć. Przed pokazaniem ich komukolwiek zawsze pytam Julkę, czy mogę to zrobić. Ale nawet jeśli ona się zgadza, to ostatecznie ja podejmuję decyzję, czy je pokazać, czy nie. Dlatego, mimo że Julia nie miała nic przeciwko, kilka zdjęć musiało poczekać w szufladzie na swój czas. Nigdy nie uważałam, że jeżeli siedmiolatka mówi, że coś jest w porządku, to dorosła dziewczyna musi też tak uważać.

Kikimora

zdjęcia: Anna Grzelewska

A zdarzyła się kiedyś jakaś negatywna reakcja na te zdjęcia?

Często, rozmawiając z kuratorami zwłaszcza na Zachodzie, słyszałam, że to są bardzo dobre zdjęcia, ale nie do pokazywania, że to jest ryzykowne. Byli poruszeni, ale i zdezorientowani. Przy jakiejś publikacji na jednym z portali w Internecie pojawiło się kilka negatywnych komentarzy. To był pierwszy raz, kiedy spotkałam się z taką reakcją. Czytałyśmy to razem, i mnie to dotknęło, ale Julka zareagowała wzruszeniem ramion. Znam historię Sally Mann. Pisałam pracę dyplomową o historycznej ewolucji motywu nagiego ciała dziecka w sztuce, o tym, jak zmieniało się tabu dookoła tego tematu. Widzę, co sfotografowałam, i dokładnie wiem, czy właśnie o to mi chodziło. Na tych zdjęciach nie ma cukierkowej, wyidealizowanej wizji dorastania. Mnie interesuje bolesność, poruszanie się na granicy, intensywne emocje. Jeżeli tego nie ma na zdjęciu, to wyrzucam je do kosza.

Jak myślisz, jakie przełożenie na Waszą pracę przy tym projekcie ma teatr? Twój mąż, tata Julii, jest aktorem. Ty też pracowałaś przy kilku teatralnych przedsięwzięciach. Stąd ta łatwość do pracy z inscenizacją?

To, że Czarek jest aktorem, stanowi taki sam element mojej rzeczywistości, jak obecność dzieci. To jest mój świat, który tak jak wcześniej mówiłam, staram się opisywać czy reinterpretować za pomocą zdjęć. Mój sposób patrzenia na rzeczywistość ma w sobie sporo z teatru. Bardzo intensywnie obserwowałam pracę Czarka, robiłam mu dużo zdjęć i to miało kluczowy wpływ na mój sposób pracy. Zarówno fotografia, którą się zajmuję, jak i teatr, który lubię, obracają się wokół poszukiwania jakiejś prawdy. Czy to jest scena, czy mój dom, to tylko pewna zmiana dekoracji. Proces konstruowania historii jest ten sam. Pytanie: dlaczego wierzymy jakimś obrazom, dlaczego nas poruszają, jest tym samym co: dlaczego wierzymy w świat przedstawiony na scenie, i dlaczego on nas porusza? W teatrze jest taki moment, kiedy aktorzy są tuż przed wejściem na scenę, kiedy przez chwilę są trochę sobą, a trochę już w roli. Jeszcze nie są na scenie, ale myślami są już postacią, którą odgrywają. Mówisz do takiej osoby cokolwiek i słyszysz, że odpowiada ci postać. To jest bardzo specyficzna, ale namacalna granica między rzeczywistością i fikcją. Na tej właśnie granicy chcę poruszać się w fotografii.

Kikimora

zdjęcia: Anna Grzelewska

Przyznaję się, że zawsze byłem przekonany, że te zdjęcia to stuprocentowy dokument.

Co to znaczy stuprocentowy dokument? Współcześnie zatarciu ulegają granice między tym, co realne, a co fikcyjne. Mamy problem ze zdefiniowaniem, czym jest i czy w ogóle jest jakaś obiektywna prawda. Zwłaszcza w fotografii problem prawdziwości zdarzeń, które ona utrwala, od samego początku, praktycznie od jej wynalezienia, był kwestionowany. I choć nadal zdjęcia funkcjonują jako „dowód, że coś się zdarzyło” – są podstawowym narzędziem dokumentacyjnym np. policji, ale też potwierdzeniem naszych udanych wakacji na Karaibach – to fakt, że wierzymy w „prawdę fotografii” jest zdumiewający. I to jest niesamowite. Kulturowe funkcjonowanie fotografii jako nośnika prawdy daje ogromne możliwości. A co więcej, jeśli mówisz „to jest moja prawda”, to jest to niepodważalne, nie można tego zakwestionować. Paradoksalnie okazuje się, że takie subiektywne podejście ma duży potencjał uniwersalny. Jeżeli fotografuję coś, co jest moim osobistym wspomnieniem, to buduję ten obraz nie tylko z tego, co zdarzyło się w moim życiu realnie, ale także z obejrzanych filmów, zdjęć, przeczytanych książek. To wszystko razem miesza się w mojej pamięci i znów jesteśmy na granicy fikcji i rzeczywistości. Odbierasz to, bo czytałeś te same książki i rozumiesz cały ten kontekst. Poza tym Julia jest naprawdę moją córką – to także wzmacnia ten efekt.

Kikimora

zdjęcia: Anna Grzelewska

Czy Julia Wannabe będzie miała jakąś formę zwieńczenia, zamknięcia?

Zbliżam się do końca pewnego rozdziału. Ten projekt powstał naturalnie, i chyba też naturalnie się zamknie. Julia kończy swoje dojrzewanie, stworzyłyśmy opowieść o pewnym etapie i teraz zobaczymy, jak to dalej będzie się rozwijać. Wcześniej nie myślałam o tym w kategoriach książki, wystawy. A teraz wystawa jest mniej więcej gotowa, do książki brakuje mi jeszcze trochę zdjęć. Ale to nie oznacza, że ja ten projekt skończę w jakikolwiek sposób. Myślę, że będę fotografować Julię całe życie.

W tym także do sesji dla „Kikimory”.

Z „Kikimorą” jestem od samego początku, odkąd to pismo powstało. Obie z Agnieszką Marszałek, która była wówczas naczelną, byłyśmy w tym samym momencie życia, miałyśmy małe dzieci. Powstanie pisma dla rodziców o takim profilu było dla nas naprawdę istotne, cieszyłyśmy się z możliwości zrobienia i pokazania czegoś ładnego, czego wtedy w Polsce jeszcze nie było. Cieszę się, że mogłam w tym wziąć udział.

Kikimora

zdjęcia: Anna Grzelewska

Powiedziałaś na początku, że cała historia z Julia Wannabe potoczyła się, bo nie mogłaś wyjechać na wojnę. Dziś zadecydowałabyś tak samo?

Kikimora

zdjęcia: Anna Grzelewska

Hm… Odkąd moje dzieci dorosły, odzywa się we mnie chęć wyruszenia w podróż, bo mam teraz trochę więcej swobody. To, co stało się z fotografią wojenną obecnie, niezbyt mnie interesuje, dużo bardziej niż „polowanie na reporterskie klatki” ciekawi mnie pokazywanie wojny w sposób bardziej analityczny, całościowy. Świat nie w trakcie wojny, a już po. To marzenie we mnie jest, choć zajęło mi trochę czasu, żeby zrozumieć, dlaczego wtedy myślałam o wojnie. Chodziło o to, żeby coś przeżyć, chciałam jakiegoś ekstremalnego doświadczeń.